Komu szkodzi mleko? Albo lepiej: komu szkodzi, że dla mleka są na rynku dostępne alternatywy? Lubię ironię, poczucie humoru mam duże i śmieszy mnie żart o dojeniu migdałów. Ale totalnie nie rozumiem dlaczego NADAL uznaje się specjalne wymagania dietetyczne za modę i fanaberię. Tak długo jak opiniotwórczy blogerzy będą robić sobie podśmiechujki z diety bezmlecznej i bezglutenowej tak długo będzie problem. Problem, którego oni nie czują, bo nigdy nie walczyli z przedszkolem o dietę bezmleczną dla dziecka albo nie dostali w knajpie zabielonej zupy „bo śmietana to nie mleko” i nie leczyli potem zmian atopowych. Napiszę to więc jeszcze raz, chociaż mam już na to wymiot bo ile można przekonywać, że nie wszystko jest głupią modą…

Komu szkodzi mleko?

Są tacy, którzy uważają, że każdemu. Są weganie, którzy nie piją mleka ze względów etycznych. Są też tacy, którzy po mleku czują się po prostu źle i nie potrzebują mieć tego na papierze w postaci wyników badań. Są też Ci, którzy pokusili się o diagnostykę i mają ten papierek z diagnozą: alergia na białko mleka, nietolerancja laktozy. I to dla tych ludzi właśnie wymyślono napoje roślinne. Żeby sami nie musieli doić migdałów i soi. I fajnie, że coraz więcej knajp ma w swojej lodówce takie mleko. Na przykład polecam latte na sojowym ze Starbucks – nie wiem jak je robią, ale robią je dobrze!

Napoje roślinne są niesmaczne

Jest tu pewna zgoda. Szklanki takiego napoju bym nie wypiła ze smakiem. Wiele z nich np. z kawą smakuje nienajlepiej. Ale! Proszę państwa! Napojów roślinnych używam w kuchni przede wszystkim do potraw. Czyli robią na nich owsianki, jaglanki, koktajle, sosy, naleśniki, placuszki itd. I są one smaczne! Nie wiem ile osób pijących normalne mleko pije sobie szklaneczkę dziennie ot tak, bez niczego. Dla większości mleko jest dodatkiem do różnych potraw lub kawy, albo bazą do zrobienia sera czy twarogu.

Dlaczego „pożyczamy” nazewnictwo?

Dlaczego w wielu miejscach, w tym u mnie znajdziecie takie coś jak „wegański beszamel”? Albo „smalec z fasoli”, albo „dyniowe nuggetsy”. Napiszę w ten sposób: jakbym miała nazywać sos, który będzie używany podobnie jak beszamel „sos na bazie napoju roslinnego, oleju kokosowego i mąki bezglutenowej, który możesz użyć do zapiekania” to bym chyba zwariowała. Albo „pasta z fasoli, która w smaku przypomina nieco smalczyk dzięki dodatkowi jabłek i majeranku”. Nadawanie nowych nazw? To wywarzanie otwartych drzwi i młyn na wodę dla językowych purystów (patrz przypadek „kaszotto” – kiedy nazwa zaczęła działać w internetach językowi ortodoksi musli sięgnąć po słynną maść na ból d…). Tak więc owszem, robimy bezmleczny beszamel, wegańskie nuggetsy i inne takie cuda. I robić je będziemy:)

Dlaczego śmieszkowanie z mody na bezmleczną i bezglutenową dietę jest szkodliwe?

Nie jest to kwestia braku poczucia humoru – serio. Ironiczne wpisy i wypowiedzi na temat specjalnych wymagań dietetycznych powodują, że ludzie, którzy mają problem ze względu na celiakię, nieceliakalną nadwrażliwość na gluten (serio, jest taka choroba), alergię, nietolerancję czy inne choroby w których dieta bezglutenowa i bezmleczna jest wskazana są traktowani jak niepoważne ofiary mody.

Tutaj pisałam komu szkodzi gluten

Tutaj pisałam jak nie wpaść w pułapkę „wszystko mi szkodzi”

I teraz tak: idę do przedszkola rozmawiać o diecie dla dziecka z nietolerancją laktozy, a pani dyrektor traktuje mnie jak nawiedzoną matkę. Kelner na pytanie o mleko roślinne do kawy patrzy na mnie jak na kosmitkę. Nie mam na czole napisane „po mleku mam sraczkę” i niekoniecznie mam ochotę się z tego tłumaczyć… i tak dalej. Dlaczego? Bo nadal i ciągle pisze się o tym jako o czymś niepoważnym, „modnym” itd. A że teraz w trendzie jest być nietrendy to świetny materiał dla poczytnego artykułu. Serio?

Tak więc moi drodzy. Mamy XXI wiek i każdy może i ma prawo, z sobie tylko znanych powodów i pobudek, jeść co chce i nie jeść czego nie chce. Alternatywy dla mleka i glutenu to nie moda tylko… no właśnie, alternatywy. I podśmiechujki są fajne, ale nie zupełnie nieszkodliwe…

(fot: https://driftingthrough.com)